Grafika typu mem przedstawiająca uśmiechniętą kobietę w czerwonym swetrze, siedzącą przy biurku na tle dyplomów w ramkach. Poniżej znajduje się czarny tekst w języku angielskim dotyczący diagnozowania normalnych reakcji na problemy społeczne jako chorób psychicznych

„Gówno tknięte bardziej śmierdzi”, czyli dlaczego system boi się leczyć przyczyny naszych lęków.

Polacy są narodem mocno kontrastowym jak to postrzegają nas za granicą. Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, gdyż z jednej strony mamy ciągłe narzekanie na wszystko dookoła i twierdzimy że świata się nie zmieni. Aczkolwiek z drugiej strony potrafimy się pozbierać i mimo wszystko zawalczyć. Jednakże współczesne protesty głównie skupiają się na memizowaniu rzeczywistości. Jest to forma cichego acz mocnego buntu ustawiającego światopogląd czytelnika.

Jednym z głośniejszych tematów aktualnych czasów jest zapaść służby zdrowia, a zwłaszcza ta psychiatryczna. Jak pokazano na kwejk.pl na niżej przedstawionym memie, pani doktor, psychiatra proponuje jako wyjście z problemów zalekowanie pacjenta.

Współczesny świat sprawił że młodzi ludzie są zamknięci w gównianej bańce, są przeciążeni sensorycznie, do tego dochodzi ciągły lęk o przyszłość. Rządy zdają się nie rozumieć co jest realną przyczyną spadku dzietności. Do głównych przyczyn problemu należą:

  • Bariery ekonomiczne: Nie można rzucić toksycznej pracy, gdy ma się kredyt i rodzinę na utrzymaniu.
  • Zobowiązania rodzinne: Opieka nad chorymi bliskimi czy dziećmi często uniemożliwia przeprowadzkę lub zmianę trybu życia.
  • Brak zasobów: Aby zbudować nową sieć kontaktów towarzyskich, trzeba mieć czas i energię, których człowiek wypalony walką o przetrwanie po prostu nie ma.

Czytałam że większość problemów emocjonalnych jakie mają ludzie jest efektem poczucia braku stabilności w życiu i niedoboru kontaktów towarzyskich.

Słynny badacz Johann Hari w swojej książce Lost Connections (Stracone więzi) argumentuje, że depresja i lęk to nie usterki w oprogramowaniu mózgu, ale sygnały informacyjne. Tak jak fizyczny ból mówi ci: „nie dotykaj tego gorącego pieca”, tak lęk i smutek mogą mówić: „twoje podstawowe ludzkie potrzeby nie są zaspokojone”.

Dwa główne filary, na których opiera się system chronicznego lęku i depresji

1. Brak stabilności (Egzystencjalna niepewność)

Ludzki mózg jest zaprogramowany na wykrywanie zagrożeń. W przeszłości zagrożeniem był drapieżnik; dziś jest nim:

  • Niepewność finansowa: Umowy śmieciowe, brak zdolności kredytowej, rosnące koszty życia.
  • Brak stałych punktów oparcia: Częste przeprowadzki, zmiana pracy, brak poczucia przynależności do konkretnego miejsca czy społeczności. Gdy żyjesz w ciągłym trybie „walcz lub uciekaj”, twój układ nerwowy się wyczerpuje. To prowadzi do stanów, które lekarze diagnozują jako zaburzenia lękowe lub depresyjne.

2. Niedobór kontaktów towarzyskich (Izolacja)

Jesteśmy gatunkiem stadnym. Izolacja społeczna jest dla naszego organizmu sygnałem skrajnego niebezpieczeństwa (w dawnych czasach wykluczenie z plemienia oznaczało śmierć).

  • Samotność w tłumie: Możemy mieć 500 znajomych w mediach społecznościowych, ale nie mieć nikogo, do kogo możemy zadzwonić o 3 rano z płaczem.
  • Brak „trzecich miejsc”: Znikają miejsca, gdzie ludzie spotykają się bezpłatnie i naturalnie (świetlice, lokalne kluby, place).

Tragiczny paradoks medycyny

To tutaj pojawia się rola leków, która jest znacznie bardziej złożona, niż sugeruje ten mem. Skoro zmiana „gównianego społeczeństwa” lub osobistej sytuacji jest niemożliwa, lekarze stają przed dylematem:

  1. Opcja A: Zostawić pacjenta w cierpieniu, którego nie da się usunąć, bo przyczyny są zewnętrzne.
  2. Opcja B: Podać leki, które stępią to cierpienie, pozwalając pacjentowi przetrwać w sytuacji, która jest nie do zniesienia.

W takim ujęciu leki stają się czymś w rodzaju znieczulenia. Jeśli masz złamaną nogę i musisz na niej iść, bo nikt cię nie poniesie, znieczulenie nie wyleczy złamania, ale pozwoli ci zrobić kolejny krok.

Realizm zamiast optymizmu

Dlatego właśnie tak wielu ludzi czuje frustrację, którą wyraża ten mem. Czują się „gazlightowani” (oszukiwani) przez system, który mówi: „masz depresję, weź tabletkę”, zamiast powiedzieć: „twoja reakcja na tę beznadziejną sytuację jest słuszna, ale jedyne, co możemy zrobić, to pomóc ci mniej to czuć”.

To prowadzi do smutnego wniosku: psychiatria często staje się narzędziem adaptacji do trudnych warunków, a nie narzędziem wyzwolenia.

Myślę że wszyscy unikają otwartej walki z gównem. Bo jak to mówią ,, Gówno tknięte bardziej śmierdzi”.

Otwarta konfrontacja z problemami strukturalnymi, takimi jak sposób, w jaki zorganizowana jest praca, rozpad więzi społecznych czy brak realnej stabilności, wymagałaby gigantycznej energii i wiązałaby się z ogromnym ryzykiem.

Model „Nierównowagi Chemicznej” pod znakiem zapytania

Przez dekady dominowała teoria, że np. depresja to po prostu „brak serotoniny” w mózgu. Jednak nowsze, duże metaanalizy (np. głośna publikacja prof. Joanny Moncrieff z 2022 roku) sugerują, że nie ma twardych dowodów na to, by depresja była spowodowana wyłącznie chemicznym defektem mózgu.

Jeśli więc przyczyną nie jest „zepsuta chemia”, a np. trauma lub przewlekły stres, to leki działają jedynie jak „chemiczny plaster” na ranę, której nikt nie zszył.

Efekt „Odbicia” (Rebound Effect)

To, co opisałeś – że po odstawieniu problem wraca – jest często przedmiotem badań nad tzw. zespołem odstawiennym lub nawrotem objawów.

  • Mózg przyzwyczaja się do obecności leku (tzw. neuroadaptacja).
  • Kiedy lek znika, mózg nie potrafi od razu wrócić do równowagi.
  • Wielu pacjentów interpretuje to jako dowód na to, że „są chorzy i muszą brać leki”, podczas gdy czasem jest to reakcja organizmu na nagły brak substancji, która sztucznie regulowała jego funkcje.

Pułapka braku psychoterapii

Wielu ekspertów podkreśla, że leki powinny być „podpórką”, która daje pacjentowi siłę, by pójść na psychoterapię i zmienić coś w swoim życiu. Problem, który wyśmiewa mem, polega na tym, że system często kończy na samym przepisywaniu recepty.

  • Efekt: Objawy znikają (są tłumione), ale sytuacja życiowa pacjenta pozostaje ta sama.
  • Rezultat: Gdy lek zostaje odstawiony, „gówniane społeczeństwo” (jak to ujął autor mema) uderza z taką samą siłą jak wcześniej.

Kilka powodów, dla których „nie dotyka się tego gówna”:

1. Bezsilność instytucjonalna

Lekarz czy terapeuta działa wewnątrz systemu. Ma 15-20 minut na pacjenta. Nie ma mocy prawnej, by zmienić mu szefa na mniej toksycznego, obniżyć czynsz czy znaleźć mu grupę oddanych przyjaciół. Przepisanie leku jest jedynym narzędziem, które ma pod ręką, a które przynosi jakikolwiek mierzalny efekt. Gdyby zaczął analizować z każdym pacjentem „beznadzieję systemu”, sam by wypalił się w tydzień.

2. Strach przed paraliżem

Gdybyśmy jako społeczeństwo otwarcie przyznali: „To, jak żyjemy, czyni nas chorymi”, mogłoby to doprowadzić do zbiorowej apatii. Jeśli winne jest „wszystko dookoła”, a ja nie mam na to wpływu, to tracę jakąkolwiek sprawczość. Diagnoza medyczna („masz depresję, bo masz nierównowagę chemiczną”) paradoksalnie daje ludziom złudne, ale kojące poczucie, że problem jest „we mnie”, więc wystarczy „mnie” naprawić. To łatwiejsze do przełknięcia niż myśl, że całe otoczenie jest do wymiany.

3. Utrzymywanie fasady

Społeczeństwo potrzebuje ludzi funkcjonalnych. „Gówno tknięte bardziej śmierdzi”, więc lepiej udawać, że go nie ma, dopóki trybiki w maszynie się kręcą. Leki działają tu jak odświeżacz powietrza. Nie usuwają źródła smrodu, ale pozwalają udawać, że go nie czujemy, dzięki czemu możemy dalej chodzić do pracy i płacić rachunki.

To prowadzi do smutnej refleksji: żyjemy w kulturze paliatywnej. Zamiast leczyć przyczyny (zmieniać świat), skupiamy się na łagodzeniu objawów (znieczulaniu się na ten świat). To bezpieczniejsze dla systemu, bo nie wymaga rewolucji, a jedynie kolejnych recept.

—> Powrót do artykułów

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *